piątek, 28 września 2012

Rozdział 3

~Tomek

Siedziałem w ciemnej ciasnej celi, wpatrując się w metalowe kraty. Byłem głodny, zziębnięty a przede wszystkim zły. Jak mogłem być tak głupi i dać się złapać! Kris tyle razy powtarzał, żebym nie handlował z Krychą. Mówił, że koleś jest podejrzany, że mu nie ufa i mam dać sobie spokój… ale ja oczywiście musiałem zrobić to po swojemu!
Nie dość, że zarekwirowali mi towar wart ponad pięć stów i zatrzymali „do wyjaśnienia”, to jeszcze mogli mnie wsadzić do paki. Nie wyobrażałem teraz sobie spotkania z ojcem. Zawsze mówił: „możesz robić wszystko: kraść, żebrać… ale nigdy nie bierz się za narkotyki!”. Kiedy pytał, skąd mam forsę, mówiłem, że coś ukradłem i sprzedałem. I wszyscy byli zadowoleni: on, że nie przychodzę po kasę do niego, a ja, że się nie czepia.
– Mogę zadzwonić? – spytałem siedzącego pod celą policjanta.
Spojrzał na mnie i prychnął.
– Przecież mam prawo do jednego telefonu! – obruszyłem się, kopiąc w kratę.
– Nie na mojej zmianie – rzucił, po czym ponownie na mnie spojrzał i uśmiechnął się szyderczo. – To znaczy… Telefon w tej chwili nie działa.
Zrezygnowany odwróciłem wzrok. Zastanawiałem się, ile lat dostanę za handel i posiadanie. Trzy? Cztery? W może coś w zawieszeniu… Z drugiej strony dziwiło mnie, że robili taki szum o kilka gramów kokainy. Kris opowiadał mi, że kiedyś załapali go z kilkoma kilogramami i nawet nie wzięli go na posterunek. A mnie, do jasnej cholery, musieli przyskrzynić!
– Najchętniej bym cię, gówniarzu, wsadził do paki – warknął ktoś zza krat.
Poznałem ten głos od razu. Należał do mieszkającego w moim bloku komendanta. Stary grubas był całkiem sympatycznym człowiekiem, o ile nie wchodziło mu się w drogę. No i trochę tępym, jeśli brać pod uwagę to, że cała dzielnica wiedziała, że w naszym blokowisku jest najwięcej dilerów, a on nic z tym nie robił.
Stał przed celą z pękiem wielkich kluczy w jednej ręce i moim plecakiem w drugiej. Miał zamiar mnie wypuścić. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
– Nie ciesz się tak. Nie ujdzie ci to na sucho… – rzucił klucze strażnikowi, który natychmiast podniósł się z krzesła i z miną męczennika zaczął otwierać moją celę. – Masz szczęście, że lubię twojego ojca…
Tak. Ubóstwiał ojca, bo mógł z nim pić po pracy. Bo ojciec załatwiał lewy alkohol i zawsze sprzedawał mu taniej. Bo przymykał oko, gdy stary świr zabierał jego żonę do siebie na noc…
Wyszedłem z celi i powlokłem się za komendantem do jego gabinetu, gdzie podał mi mój plecak i usiadł na miękkim obrotowym krześle. Wygrzebał z oznaczonej moim nazwiskiem teczki jakiś papier i podsunął mi go.
– Nie mogę zostawić tej sprawy bez echa, bo już masz kartotekę. Za rozboje, zgadza się?
Skinąłem głową. Doskonale pamiętałem, jak dwa lata temu posłaliśmy z Krisem do szpitala właściciela sklepu monopolowego na przedmieściach i zdemolowaliśmy mu budę, bo nie chciał nam sprzedać piwa na krechę. Mieliśmy pecha, że kiedy przewracaliśmy regał z chipsami do sklepu właśnie weszły gliny…
– Masz do odpracowania trzysta godzin w liceum numer dziesięć.

– Jestem tu na robotach publicznych, a nie w wojsku – wycedziłem, gdy woźny wręczył mi szczoteczkę do zębów i oznajmił, że mam nią wyczyścić wszystkie toalety i pisuary w szkole.
Starego wrednego dziada mało obchodziło to, że nie podoba mi się taki przydział obowiązków. Śmiejąc się złośliwie pod nosem wyszedł z łazienki, natychmiast kierując się do swojej kanciapy. Stojący obok mnie Kris chichotał pod nosem.
– Weź się ucisz – warknąłem, wrzucając szczoteczkę do śmietnika.
– Wyluzuj, dzieciak…
Zamknął drzwi łazienki i oparł się o nie, blokując tym samym komukolwiek wejście do środka. Wyciągnął z kieszeni paczkę czerwonych LMów, a gdy posłałem mu karcące spojrzenie, prychnął. Bądź co bądź byliśmy w szkole i gdyby nie był moim kumplem, pewnie zwróciłbym mu uwagę…
Kris był ode mnie starszy o dwa lata. Bardziej doświadczony w naszym fachu i życiowo. Mieszkaliśmy na jednym blokowisku i od kiedy pamiętam trzymaliśmy się razem. Miałem wielkie szczęście, że przygarnął mnie pod swoje skrzydła i wkręcił w biznes. Kris nikomu nie pomagał, więc czułem się wybrańcem. Byłem jego „dzieciakiem”. Często powtarzał, że pokłada we mnie wielkie nadzieje...
Usiadłem na parapecie i westchnąłem ciężko. Wcale nie chciałem spędzać sześciu godzin dziennie przez pięćdziesiąt dni roboczych w liceum dla bogatych kujonów. Oczywiście, miałem wybór. Zamiast tego mogłem posiedzieć 3 lata w więzieniu wśród niewyżytych gwałcicieli, zabójców i pedofilów.
– Ty sobie nie wyobrażasz, jakie masz szczęście, że tu trafiłeś, kretynie – rzucił Kris, wypuszczając z ust papierosowy dym.
Posłałem mu litościwe spojrzenie, a ten zaśmiał się.
– Jesteś tu jedynym dilerem, dzieciaku. Te bogate gnojki tylko czekają, aż znajdzie się ktoś, kto sprzeda im dragi – wyjaśnił, podchodząc do mnie.
Objął mnie ramieniem i spojrzał w przestrzeń przed sobą. Machnął ręką, zupełnie jakby chciał mi coś pokazać.
– To otwiera przed tobą wielkie możliwości…
Jakby się głębiej nad tym zastanowić, to miał absolutną rację. Dzieciaki z dobrych domów, których jedynym problemem było to, że rodzice mają ich gdzieś i wolą pracę… Tacy licealiści lubią dobrą zabawę. A dobra impreza w wypasionym domu jest jeszcze lepsza, kiedy jest na niej heroina i kokaina. Wtedy czują się jeszcze ważniejsi…
Drzwi łazienki otworzyły się i Kris natychmiast zabrał rękę z mojego ramienia. Niska szatynka w sportowej szarej bluzie spojrzała na nas ze zdziwieniem.
Zmierzyłem ją wzrokiem, uśmiechając się delikatnie. Jeszcze nigdy żadna dziewczyna w takim stroju nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Średniej długości brązowe włosy opadały na ramiona, delikatnie okalając jej słodką twarz. Miała brązowe oczy i pełne jasne usta… Natychmiast zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałaby w bardziej kobiecych ubraniach. Zapewne jeszcze piękniej…
– Tu nie wolno palić – rzuciła cicho, posyłając Krisowi ponaglające spojrzenie.
Ku mojemu zdziwieniu, chłopak natychmiast wyrzucił papierosa za okno i uśmiechnął się do niej miło.
– I to jest damska toaleta…
Już otworzyłem usta, żeby wyjaśnić jej, dlaczego tam siedzimy, kiedy Kris stanął przede mną i zaczął uprzejmie przepraszać za wtargnięcie do łazienki. Rzucił coś o tym, że pracujemy w tej szkole, że już wychodzimy, ale nawet go nie słuchałem. Zasłonił mi widok na dziewczynę, zupełnie jakby chciał, żeby nie zwracała na mnie uwagi. Skłamał, że on też pracuje w tej szkole, co jeszcze bardziej działało mi na nerwy.
Po chwili pociągnął mnie za ramię i wyprowadził z łazienki, uśmiechając się do niej szarmancko.
– Co to było do cholery! – warknąłem, kiedy zamknął za mną drzwi.
– Ta laska jest niezła…
Byłem wściekły. Z doświadczenia wiedziałem, że jeśli jakaś dziewczyna podoba się i mnie, i Krisowi, to w ostatecznym rozrachunku z nim przegram. On był wysoki, przystojny i trzeba przyznać, że kiedy trzeba miał klasę. A ja? Średniego wzrostu dzieciak bez szkoły, bez przyszłości… Nic dziwnego, że dziewczyny zawsze wybierały jego. Żadna nie chciałaby dilera z kartoteką, a już zwłaszcza nie taka z dobrego domu.
Dziewczyna wyszła z łazienki. Chciała wyminąć Krisa, który niby przypadkiem zagrodził jej drogę.
– Jestem Kris… – wyciągnął w jej stronę rękę, którą ta niepewnie uścisnęła.
– Diana – odpowiedziała cicho.
– Mam nadzieję, że skoro już będę spędzał tu sporo czasu, to jeszcze się zobaczymy.
Znów wyszczerzył zęby w słodkim uśmiechu, a ta Diana spuściła wzrok i zarumieniła się.
Tylko ja wiedziałem, co kryje się za fałszywym uśmieszkiem Krisa…