sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział 11

~Tomek

Było mi go żal. Tak cholernie żal, że nie potrafiłem tego opisać… Dzieciak-lekoman z dobrego domu, któremu najwyraźniej zwykłe narkotyki już nie wystarczały. Nie mam pojęcia, dlaczego zgodziłem się załatwić mu morfinę… Może dlatego, że dużo płacił? Wiem, że nie powinienem tego robić – mogłem odmówić albo chociaż sprzedać mu jakiś trefny towar. Mogłem, ale tego nie zrobiłem.
Koleś miał w oczach coś dziwnego… Nie objawy głodu narkotykowego czy niedosytu. Widziałem tam ból i obłęd, zupełnie jakby strasznie cierpiał. Jakby potrzebował tego leku nie do ćpania, ale żeby pozbyć się bólu.
– Jesteś idiotą – oświadczył bez emocji Kris, siadając na ławce pod blokiem.
Westchnąłem. Wiedziałem, że ma rację.
– Umawialiśmy się, że nie robimy ryzykownych interesów! – warknął po chwili.
Miałem gdzieś, to co mówił. Dla mnie cały ten handel był jednym ryzykownym interesem… Dlaczego więc nie miałem sprzedawać dragów akurat TEMU gościowi? Bo Kris dostał od niego bęcki, to miałem stracić klienta? W życiu…
W ciągu tego miesiąca zarobiłem naprawdę niewiele – od kiedy pół dnia przesiadywałem wśród tych bogatych gnojków, a całe osiedle dowiedziało się, że „wpadłem”, prawie w ogóle nie miałem klientów. Kris w czasie swego pobytu w szkole zwerbował wszystkie ćpające dzieciaki jako swoich klientów… Mi ostał się jeden jedyny Marcin. Był moim wybawieniem: tylko dzięki niemu jeszcze zarabiałem, a co za tym idzie – miałem kasę na ciuchy.
Gdybym tylko miał forsę, nie musiałbym być dilerem i się narażać. Zawsze chciałem mieć bogatych rodziców, fajną wakacyjną pracę jak te dzieciaki… A zamiast tego tynk z sufitu w pokoju sypał mi się na głowę i rodzice oczekiwali ode mnie, że będę chodził w podartych spodniach przez kilka lat, żeby tylko mieli kasę na chlanie. Bułki na śniadanie? Marzenie… W naszym domu panowała zasada jak sobie coś załatwisz, to zjesz…

Pamiętam jakby to było wczoraj… Miałem siedem lat i właśnie zaczynałem naukę w podstawówce. Wszystkie dzieci przyszły na rozpoczęcie roku w śnieżnobiałych koszulach, spodniach od garnituru, niektóre dziewczynki w przepięknych sukienkach. Stałem jak wryty, obserwując te śliczne eleganckie dzieci. Było mi strasznie głupio, bo nie miałem takich czystych i drogich ubrań. Jako jedyny byłem ubrany w czarne dresowe spodnie i poszarzałą koszulkę polo.
Następnego dnia podczas śniadania doznałem kolejnego rozczarowania… Usiedliśmy wszyscy razem przy wielkim stole na stołówce i każdy wyjął swoją śniadaniówkę. Dosłownie każdy – oprócz mnie… W czasie gdy dzieciaki z klasy wyciągały ze swoich kolorowych pudełek kanapki z szynką, bułki z Nutellą, batony i owoce, ja męczyłem się z reklamówką z Biedronki, w którą mama zawinęła jedną, niezbyt świeżą parówkę. Kiedy sytuacja powtarzała się przez kolejne parę dni, dzieci zaczęły się ze mnie śmiać. Wtedy przysiągłem sobie, że jak tylko nadarzy się okazja, nie będę zależny od rodziców.
Nie chciałem być pośmiewiskiem innych. Nie chciałem, żeby się ze mnie śmiali, obgadywali po kątach, mieli pożywkę z mojej biedy. Dlatego bardzo szybko zacząłem przychodzić do szkoły z bułką z Nutellą, jak inni. Nie dlatego, że mama zrobiła. Dlatego, że sam sobie załatwiłem.
Właśnie w taki sposób, już jako siedmiolatek, uzależniłem się od nielegalnych występków i interesów. Zaczęło się od niewinnej kradzieży ze spożywczaka…

Dziwne dla mnie było to, że kiedy mój młodszy brat poszedł do szkoły, codziennie dostawał obfite śniadanie z deserem i sokiem w kartoniku. Zawsze chodził w czystych ciuchach, miał nowe, sprawne zabawki, nigdy nie zaznał biedy w naszym domu. W jego pokoju zawsze było czysto, schludnie, okno było szczelne. To ja nosiłem stare szmaty, ja nie miałem co jeść, ja spałem na rozklekotanym łóżku w pokoju z grzybem na ścianie.
Handel narkotykami był dla mnie życiową szansą.
Bez większego wysiłku zarabiałem wielkie pieniądze. Musiałem tylko znaleźć klientów, w czym na początku pomagał mi Kris. Ot, cała filozofia…
– Zobaczysz, ten gówniarz cię podkabluje! – rzucił Kris, wyciągając z kieszeni szlugi.
Nie chciało mi się w to wierzyć. Marcin potrzebował morfiny. Nie podkablowałby swojego dostawcy.
Chyba, że to była tylko taka gra… Że wcale nie musiał jej brać – po prostu chciał mnie sprawdzić, a potem wykończyć, donosząc na mnie na policję!
Byłem rozbity. Bałem się trafić do kicia. Kris mógł go przejrzeć, tak, jak przejrzał Krychę. Jednak równie dobrze mógł mi zwyczajnie zazdrościć… żaden klient nie płacił mu tyle, co Marcin mnie. Może po prostu z zawiści chciał mnie pozbawić najlepszego i zarazem jedynego klienta.
Nie… Nie mógłby tego zrobić. Przecież to on mnie w to wszystko wkręcił, pomagał mi, kiedy inni mieli moje problemy gdzieś. Z pewnością nie chciał mi zaszkodzić.
Postanowiłem przemyśleć to wszystko na osobności. Wstałem z ławki i pożegnawszy się z kumplem oddaliłem w stronę ulicy.
Na dworze coraz bardziej się ściemniało. Powoli na mieście zaczęły się pokazywać szemrane typy, dzieciaki z patologicznych rodzin i prostytutki. Przechodziłem obok nich obojętnie, trzymając ręce w kieszeniach i rozmyślając nad całą tą sytuacją. W końcu doszedłem do wniosku, że tak naprawdę nie mogę zrobić niczego konkretnego – albo zaufać jednemu, albo drugiemu i po prostu ryzykować.
W pewnym momencie zauważyłem w oddali znajomą postać. Wszystkie dziewczyny stojące na chodniku były tu stałymi bywalczyniami, ale tę widziałem po raz pierwszy i od razu poznałem z daleka. Blond koleżanka Marcina w krótkiej spódniczce z lateksu i staniku od stroju kąpielowego opierała się o latarnię, oglądając swoje paznokcie. Nie wyglądała, jakby szukała klienta, ale raczej jakby na kogoś czekała.
Dziewczyna Marcina dziwką!? Niemożliwe… pomyślałem, zatrzymując się w bezpiecznej odległości i obserwując ją uważnie. Wydawało mi się to tak nieprawdopodobne, żeby taki spokojny chłopak z dobrego domu prowadzał się z taką panną. Ona też stwarzała pozory aniołka w skórze modelki. Jednak moje wątpliwości szybko się rozwiały, kiedy wsiadła do czarnego Audi, które prowadził jakiś stary dziadek.
Przez dłuższą chwilę po tym, jak samochód odjechał z piskiem opon, nie mogłem się pozbierać. Mój światopogląd runął!
Zawsze wydawało mi się, że takimi rzeczami zajmują się tylko biedne dziewczyny z patologicznych rodzin… Gówniary, które nie mają na nic kasy, a nie chcą połamać paznokci przy prawdziwej pracy. Ona na pewno miała pieniądze na wszystko, czego zapragnęła.

Musiałem powiedzieć o tym Marcinowi. Spodziewałem się, że chłopak o tym nie wie, skoro wciąż tak dobrze się dogadywali. Chciałem wyświadczyć mojemu najlepszemu klientowi przysługę, tylko tyle.
Kiedy następnego dnia spotkaliśmy się w centrum handlowym, żeby dokonać kolejnej transakcji, nogi miałem jak z waty. Z jednej strony chciałem go uświadomić, a z drugiej czułem, że wyjdzie z tego coś niedobrego.
– Siema – rzucił na powitanie, gdy podszedłem do ławki, na której siedział.
Wyglądał fatalnie – był blady, oczy miał podkrążone, białka zaczerwienione. Trochę podsiniałe usta wygięły się w grymasie, który pewnie w założeniu miał być uśmiechem. Odruchowo spojrzałem na jego ręce – to po nich zawsze poznawałem, czy klient jest na głodzie. Jeśli był – podwyższałem stawkę, bo wiedziałem, że i tak kupi. Ale Marcinowi dłonie wcale nie drżały. W jednej trzymał nowiutkiego smartfona, w drugiej puszkę coli.
Zacząłem zastanawiać się, czy czasem nie przez morfinę wygląda tak okropnie. Nie miałem pojęcia, jakie skutki uboczne może wywoływać, jakie są objawy przedawkowania.
Mimo tego przekazałem mu reklamówkę z fiolkami i strzykawkami, a on podał mi pieniądze. W takim miejscu jak centrum handlowe nikt nie podejrzewał, że sprzedaję mu właśnie narkotyki.
– Dzięki – rzucił, chowając siatkę do plecaka Pumy. – Spoko koleś z ciebie.
– No właśnie… – zacząłem nieśmiało. – Słuchaj, może to co powiem wyda ci się dziwne i chamskie, ale… Twoja dziewczyna to pospolita dziwka.
Wstrzymałem oddech, czekając na jego reakcję. Wydawał się nie tyle zły, co cholernie zaskoczony. Przez dłuższą chwilę chyba usiłował przetrawić to, co powiedziałem, a po chwili pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Diana jest według ciebie dziwką? – spytał słabym głosem.
– Chodzisz… z Dianą!?
Teraz to ja byłem w totalnym szoku. To było jakieś wielkie nieporozumienie… Cholerna ściema! Przecież on wcale nie trzymał się z Dianą! Raz ją obronił i już niby byli parą!? Przecież to z tą blondyną włóczył się po kiblach w czasie lekcji!
A może to on był tym złym? Najwyraźniej… Zdradzał biedną niewinną dziewczynę z jakąś dziwką… Aż bałem się pomyśleć, jak poczuje się Diana, kiedy się o tym dowie…

wtorek, 19 lutego 2013

Rozdział 10

Zdałam całą sesję w pierwszym terminie! Jestem z siebie taka dumna... :3
Miałam ostatnio naprawdę wiele na głowie (studia, dom, prowadzenie 3 blogów na raz też nie jest łatwe...), dlatego trochę zaniedbałam Wasze blogi, ale NADRABIAM!
Przypominajcie mi o sobie ;)
~Marcin

Ulubionym zapachem, kojarzącym się Marcinowi z dzieciństwem, były perfumy jego matki. Będąc małym chłopcem uwielbiał wtulać się w nią i wdychać tę niezwykłą kompozycję zapachową: sandałowiec, jaśmin, narcyz, róża i wanilia… Dzięki niej do teraz potrafił bez problemu przywołać do siebie wspomnienia z dzieciństwa. Ilekroć czuł je w jakimkolwiek miejscu, ogarniał go niezwykły wręcz spokój.
Dokładnie jak tego dnia na lekcji wychowawczej.
Wpatrywał się w ławkę, rozmyślając o siedzącej obok Dianie i śladach po nieudanej próbie samobójczej na jej ręce, gdy nagle do jego nozdrzy doszła woń matczynych perfum. Mimowolnie zamknął oczy i westchnął, pozwalając wyobraźni przenieść się w dawne czasy...

Śliczna czarnowłosa kobieta siedziała w fotelu w kącie słonecznego salonu. Na jej dobrze zarysowanych czerwonych ustach widniał delikatny uśmiech, a głębokie niebieskie oczy błądziły po pożółkłych kartkach książki, którą trzymała ręku. Trzynastoletni Marcin siedział na puszystym dywanie. Z zapałem rysował rysikiem po białej kartce, którą chwilę temu wyciągnął z kserokopiarki ojca. Co kilka sekund przerywał kreślenie, by z zaciekawieniem i pasją spojrzeć na matkę. To ją rysował.
Monika Maj na chwilę przestała czytać i znad książki spojrzała na syna. Uśmiechnęła się szerzej i pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Cały dzień rysujesz…
Marcin podniósł głowę znad kartki i uśmiechnął się do matki najszerzej jak umiał. Kochał rysować, zwłaszcza ją. Była dla niego taka piękna, idealna… Tak bardzo ją kochał, że nie wyobrażał sobie życia bez niej. Chciał, by jego przyszła żona była taka jak mama – nie tylko pod względem wyglądu, ale głównie charakterem. Żeby była tak delikatna, uśmiechnięta, żeby miała tak dobre serce jak ona…

Ktoś szturchnął go w ramię. Przebudzony z zamyślenia podniósł głowę i rozejrzał się po sali. Uczniowie powoli wychodzili na korytarz, z którego dobiegał gwar zwiastujący przerwę.
Kasia stała za nim, czekając, aż podniesie się, by wyjść z już prawie pustej klasy. Zapach matczynych perfum rozpłynął się w powietrzu, co wywołało u niego nagły przypływ nostalgii. Z nadzieją wciągnął powietrze nosem, lecz jedynym zapachem, jaki dotarł do jego nozdrzy, był odór nieodgrzybionej klimatyzacji.
– No chodź już! – popędziła blondynka, ponownie klepiąc go w ramię.
Marcin podniósł się i wolnym krokiem skierował w stronę drzwi. Wciąż rozmyślał o perfumach mamy. Zapach, który poczuł w sali, był realny, więc któraś z dziewcząt musiała używać dokładnie takich samych perfum. Już wiedział, że to nie Kaśka, bo idąc z nią korytarzem w stronę schodów już ich nie czuł.
Tomek czekał na niego między trzecim a czwartym piętrem. Swobodnie opierał się o parapet, trzymając ręce w kieszeniach szerokich spodni z krokiem w kolanach. Marcin westchnął i bez wahania podszedł do niego, zostawiając Kaśkę samą wśród uczniów z innych klas. Wiedział, że postępuje niezbyt sympatycznie, ale musiał porozmawiać z Tomkiem. To on był jego ostatnią deską ratunku.
– Masz? – spytał, witając się z chłopakiem uściskiem dłoni.
– Forsa jest?
Marcin sięgnął do kieszeni i wydobył z niej portfel, dyskretnie wręczając chłopakowi sporą sumę pieniędzy. Doskonale wiedział, że przepłaca... Ale pilnie potrzebował morfiny.
Ból, który odczuwał ostatnimi dniami, stawał się nie do zniesienia. Nie miał jednak zamiaru informować o tym ciotki, bo ta od razu zawiozłaby go do szpitala. Chciał zachować się jak prawdziwy mężczyzna, umrzeć z godnością z dala od lekarzy i chemii, która tylko odwlekłaby o parę tygodni to, co nieuchronne.
Tomek wręczył mu siateczkę z nadrukiem firmy odzieżowej, w której było ukrytych kilka przezroczystych flakoników, strzykawek i igieł.
– Młody, uważaj – mruknął Tomek, ponownie chowając ręce do kieszeni. – To straszne świństwo...
Gdy zadzwonił dzwonek Tomek natychmiast zszedł na dół, zostawiając zamyślonego chłopaka samego na półpiętrze.
Marcin chwilę wpatrywał się w stojącą na schodach Kaśkę. Długonoga szczupła blondynka właściwie wcale nie była w jego guście, ale nie mógł powiedzieć, że nie jest atrakcyjna. Miała kształtną pupę, uwodzicielskie spojrzenie, tajemniczy uśmiech. Była wystarczająco seksowna, żeby mógł pozwolić sobie na chwilę zapomnienia. Zwłaszcza, że już niedługo miał umrzeć...
– Chodź... – mruknął, podchodząc do niej i pociągając ją za rekę w stronę najbliższej toalety. – Mam ochotę się zabawić...

– Jesteś największą egoistką, jaką znam… – wycedził Marcin, opierając się o maskę swojego samochodu.
Chodząca w kółko po parkingu Diana gwałtownie zatrzymała się i posłała mu wściekłe spojrzenie.
– Nikt nie pytał cię o zdanie – odparowała, obracając się na pięcie i znów zaczynając maszerować przed siebie.
Marcin pokręcił głową z dezaprobatą. Wciąż nie potrafił zrozumieć, jak mogła chcieć odebrać sobie życie! Pochodziła z dobrego domu, bez przemocy, patologii… Miała wszystko, czego mogła zapragnąć i jeszcze wpadła na tak głupi pomysł. Podczas gdy on i wiele innych osób codziennie modlili się o życie, Diana ot tak po prostu chciała się zabić!
Sam nie wiedział, dlaczego zgodził się poczekać z nią pod szkołą za kierowcą. Już dawno mógłby być w domu, wypoczywać albo odwiedzić Daniela… Ale wolał zostać z nią.
Coś w środku podpowiadało mu, że Diana tego właśnie potrzebuje – opieki, poczucia bezpieczeństwa. Nie bez powodu poprosiła o towarzystwo właśnie jego. Być może przy nim czuła się dobrze, spokojnie, a przecież w takim wypadku nie mógł jej odmówić swojej obecności.
Mimo tego, co chciała ze sobą zrobić, Marcin lubił ją bardziej niż kiedyś. Wcześniej była królową mody, najpopularniejszą dziewczyną w szkole, która wszystkich miała za gorszych od siebie. W tym roku szkolnym stała się kimś zupełnie innym – spokojną, nieśmiałą, kruchą i wiecznie wystraszoną istotką, którą wręcz należało chronić. Delikatną kobietką, z którą chciał przebywać żeby czuć się potrzebnym.
– Pewnie, że nie… Bo tobie zawsze mówi się to, co chcesz usłyszeć – mruknął, zakładając okulary przeciwsłoneczne.
Dziewczyna prychnęła, usiłując zignorować jego słowa.
– Swoją drogą, piękne blizny ci zostaną… Takie kobiece – rzucił, spoglądając na dziewczynę z rozbawieniem.
– Nic ci do tego! – warknęła, odwracając się do niego z impetem. – Zachowaj te durne uwagi dla siebie!
Jej twarz poczerwieniała ze złości, a w oczach pojawiły się łzy. Odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić.
Marcin westchnął, zakładając ręce na piersi. Kiedyś Diana lepiej znosiła krytykę, potrafiła odeprzeć atak, a teraz? Tak po prostu zbierało jej się na płacz. Zrobiło mu się żal dziewczyny – zdecydowanie działo się z nią coś niedobrego.
Bez większego zastanowienia podszedł do Diany i delikatnie ją przytulił. Ku jego zaskoczeniu nie oponowała, lecz wtuliła się w niego i rozpłakała jak dziecko.
Nagle jeszcze bardziej chciał się nią zaopiekować, wspierać, bronić. Jej łzy i cichy szloch podziałały na jego opiekuńczą naturę jak płachta na byka. To, że oparła głowę na jego torsie, a łzy wsiąkały w jego koszulkę potraktował jak ciche przyzwolenie na zaopiekowanie się nią. Mimo tego, że niecałe trzy godziny wcześniej współżył z Kaśką w toalecie, teraz nie potrafił się powstrzymać i pochyliwszy się lekko nad Dianą, złożył krótki delikatny pocałunek na jej wilgotnych od łez ustach.

niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 9

~Diana

W tańcu towarzyskim to kobieta odgrywa główną rolę. Swoim strojem, fryzurą, makijażem i kocimi ruchami przyciąga uwagę publiczności i przysłania mężczyznę. To o niej się mówi, ją się podziwia. Nie jest ozdobą partnera – to on jest tylko dodatkiem do niej, dopełnieniem całości.
Wiktor tego nie rozumiał…
Od samego początku kursu chciał błyszczeć. Wydawało mi się, że wystarczy wejść na salę, by wszyscy obecni bili brawa na stojąco. Nie był jednak na tyle przystojny, dostojny, męski, by zachwycić publiczność samą swoją obecnością, choć nie brak mu było talentu.
Był moim partnerem od samego początku. Razem robiliśmy pierwsze kroki na parkiecie, chociaż czasem odnosiłam wrażenie, że wcale nie jest nowicjuszem. Poruszał się z gracją, z wielką pasją wirował na parkiecie. Miałam wielkie szczęście, że instruktorka przydzieliła mi właśnie jego… Ale nie zawsze o tym wiedziałam.
Byłam zmuszona szybko przywyknąć do jego fochów, krzyków, scen zazdrości o popularność i pochlebstwa. W końcu przestałam zwracać uwagę na złośliwe docinki z jego strony, gdy ktoś mówił „Diano, wyglądasz przepięknie!”. Nie jedną noc przepłakałam przez niemiłe słowa, które padły pod moim adresem, ale prędko nauczyłam się z nimi żyć.
Największym problemem Wiktora było właśnie to, że w tańcu chciał być kobietą. Z występu na występ wybierał coraz to bardziej wyszukane i krzykliwe stroje, starając się przyćmić mój kobiecy blask. Chęć błyszczenia przysłaniała mu rzeczywistość. Liczyły się tylko oklaski, miłe słowa, okrzyki na jego cześć. Nie zwracał uwagi na wygraną, na zdobyte puchary, medale... Liczyło się tylko to, co powiedzą inni.
Nic dziwnego, że gdy stał się pośmiewiskiem całej tanecznej społeczności, popadł w depresję…
Dopiero teraz, siedząc na parapecie owinięta grubym kocem z pozszywaną ręką, zrozumiałam, dlaczego Wiktor popełnił samobójstwo. Bał się tego, co jeszcze mogą powiedzieć o nim ludzie, jak bardzo mogą go skrzywdzić… Bolało go to, że nikt nie akceptował jego sposobu bycia, nie rozumiał jego ambicji i tego, dlaczego cierpi. Mnie nie bolał brak zrozumienia ze strony innych, ale sam fakt cierpienia. Nie chciałam dłużej tego znosić, żyć w strachu i stłamszeniu… Dlaczego próbowałam popełnić samobójstwo.
Niestety, nie miałam tyle szczęścia co Wiktor. Wybrałam zły czas, złe miejsce, zły sposób. Ale skąd miałam wiedzieć, że akurat gdy cała rodzina pojedzie na wielkie zakupy do centrum handlowego, Bartkowi przyjdzie do głowy wynurzenie się z ogrodu i zaproszenie mnie na basen!?
Właściwie to byłam już nieprzytomna, kiedy mnie znalazł. Tak niewiele brakowało… A jednak obudziłam się. Sama, w szpitalnej sali, wśród metalowego sprzętu, przykryta kołdrą w białej wykrochmalonej poszwie. Chwilę później wpadli rozzłoszczeni rodzice i nikt nie pytał, dlaczego chciałam odebrać sobie życie. Najważniejsze było to, że dopuściłam się grzechu i narobiłam wszystkim kłopotów, to, że powinnam trafić do psychiatryka. Dla mamy priorytetem stało się to, żeby ta historia nie rozeszła się poza nasza rodzinę, a dla taty pierwszorzędną sprawą było sprowadzenie dla mnie księdza, żebym mogła się wyspowiadać…
– Di…
Oderwałam wzrok od pozszywanego przedramienia i spojrzałam na stojącego w progu Bartka. Opierał się o futrynę, z której kilka dni wcześniej na rozkaz taty wystawił drzwi, co miało być symbolem utraconego zaufania i prywatności.
– Czas do szkoły…
Beznamiętnie zwlokłam się z parapetu, odkładając koc na fotel. Wciągnęłam przez głowę szeroką dresową bluzę i schowałam ręce do kieszeni, bez słowa opuszczając pokój. Bartek westchnął i wyszedł za mną, chwytając stojącą przy futrynie torbę z moimi książkami.
Wiedziałam, że oczekuje ode mnie wdzięczności, miłego słowa za to, że mnie uratował… Ja jednak miałam mu to za złe. Nie prosiłam go o to, więc nie miałam zamiaru dziękować. Ani jemu, ani nikomu innemu... To przez nich wciąż jeszcze żyłam. Od samego przebudzenia w szpitalu do nikogo się nie odzywałam i nie chciałam tego zmieniać. Tak było mi dobrze – życie w cierpieniu było o wiele łatwiejsze do zniesienia w ciszy.
Nie zasiadłam na przednim siedzeniu pasażera jak miałam w zwyczaju. Usadowiłam się z tyłu, natychmiast zapinając pasy i podciągając kolana pod brodę. Kątem oka widziałam, jak Bartek ze złością spojrzał na piasek, który opadł z moich adidasów na siedzenie, jednak nie skomentował tego i zablokował drzwi. Zupełnie, jakby bał się, że przyjdzie mi do głowy wyskoczenie z pędzącego samochodu…
Kiedy dojechaliśmy pod szkołę i usłyszałam dźwięk centralnego zamka, natychmiast wyskoczyłam z samochodu, chwytając leżącą na siedzeniu obok torbę. Tak bardzo chciałam jak najszybciej znaleźć się z dala od Bartka i jego podejrzliwego wzroku, że nawet nie zauważyłam, że torba była otwarta i nim się obejrzałam, jej zawartość znalazła się na chodniku.
Zaczęłam zbierać książki z płyt chodnikowych, podczas gdy Bartkowi wcale nie było spieszno, by mi pomóc. Podejrzewałam, że to rodzaj zemsty za moje zachowanie i postanowiłam to zignorować.
– To chyba twoje.
Podniosłam wzrok w poszukiwaniu źródła znajomego mi głosu. Stojący obok Marcin wyciągał w moją stronę dłoń, w której trzymał różowy błyszczyk od Maybelline. Podniosłam się z ziemi i bezmyślnie chwyciłam swoją własność, nie zwracając specjalnie uwagi na to, że przy zbieraniu porozrzucanych po chodniku rzeczy podciągnęły mi się rękawy bluzy.
Marcin natychmiast to zauważył. Oddając mi mój ulubiony kosmetyk chwycił delikatnie mój nadgarstek, spojrzał na ślady po niezdarnych cięciach i szwy założone przez lekarzy w szpitalu. Później przeniósł wzrok na moją twarz, ale nie byłam w stanie odczytać jego reakcji. Pospiesznie odsunęłam rękę i poprawiłam rękaw, zakrywając rany.
– Dzięki – mruknęłam, spuszczając głowę.
Było mi głupio, że to zauważył. Nie bez powodu w dwudziestopięciostopniowy upał założyłam bluzę z długim rękawem. Nie chciałam żeby ktokolwiek dowiedział się, że nie potrafiłam nawet porządnie ze sobą skończyć…
Wyminęłam go, wrzucając zebrane z chodnika rzeczy na oślep do torby. Po chwili jednak zatrzymałam się. Przed oczami stanął mi obraz z mojego ostatniego dnia w szkole: pomocnik woźnego, Kris, i jego obleśne słowa, mające nakłonić mnie do seksu za kontenerem.
Bałam się iść dalej. Nie miałam pojęcia, co bym zrobiła gdybym znów go spotkała lub chociaż zobaczyła go z daleka. Dla niego to pewnie byłoby przezabawne… Że dziewczyna się go boi, że ma ochotę uciec, zapaść się pod ziemię.
Po zachowaniu Marcina przy kontenerze wiedziałam, że nie pozwoliłby mi zrobić krzywdy. Nie dopuściłby, żeby ta sytuacja się powtórzyła. Wtedy zachował się wobec mnie tak sympatycznie, że teraz postanowiłam poprosić go o pomoc. Właściwie, to nie miałam zbytniego wyboru – mogłam wejść do szkoły sama lub powierzyć się w jego ręce…
– Marcin… – zaczęłam, odwracając się w jego stronę. Gdy spojrzał na mnie pytająco, westchnęłam. – Mógłbyś… Mógłbyś wejść ze mną do szkoły?
– Jasne – rzucił bez wahania, podchodząc bliżej. – Ale pod jednym warunkiem…
Jęknęłam w duchu. Nienawidziłam „warunków”…
– Przysięgniesz, że nie będziesz więcej próbowała – powiedział, rzucając w stronę mojej ręki znaczące spojrzenie.
– Obiecuję…
Nie, nie będę próbowała. Następnym razem zabiorę się za to porządnie...

czwartek, 10 stycznia 2013

Rozdział 8

~Kasia

Kasia leżała na jasnej skórzanej kanapie, wtulając się w Karola, którego zdecydowanie bardziej niż dziewczyna w staniku i spódniczce interesował mecz w telewizji. Blondynce wcale to nie przeszkadzało: była tak zamyślona, że nawet nie zauważyła, że jej chłopak włączył telewizor. Cieszyła się, że jest choć jedna osoba, która po stosunku potrafi po prostu poleżeć, przytulić ją i być blisko. Czasem miała już serdecznie dość oschłego i przedmiotowego traktowania przez klientów, ale najzwyczajniej w świecie nie mogła na to nic poradzić.
Wciąż rozmyślała o Marcinie i jego dziwnym zachowaniu. Kolega z nowej klasy, już nawet nie licząc omdlenia w damskiej toalecie, cały czas był dla niej trochę podejrzany. Cichy, skryty, wiecznie zmęczony i blady, czasem z grymasem bólu na twarzy. Nurtowało ją jego zachowanie. Był całkiem sympatyczny, ale nie tylko dlatego się z nim trzymała – odnosiła wrażenie, że chłopak skrywa jakąś tajemnicę. Jej ciekawość kazała koniecznie dowiedzieć się, czego ona dotyczy.
„Dowiem się, o co chodzi…” myślała cały dzień.
Dodatkowo nie dawała jej spokoju sprawa Diany i tego chłopaka…
– Jak tak w ogóle można? – mruknęła, poruszając się niespokojnie.
– Co? – w głosie Karola nie było cienia zainteresowania.
Kasia westchnęła cicho, podnosząc się. Usiadła na kanapie, przerzucając nogi przez wyciągniętego wygodnie Karola i spojrzała na niego z zaintrygowaniem.
– No ta dziewczyna, co ci wczoraj opowiadałam… Ona jest dziewicą i jak mogła stracić taką okazję!?
Karol pokręcił głową i cmoknął z dezaprobatą. Chwilę obserwował swoją dziewczynę, jakby jednak miał nadzieję, że żartuje, po czym ponownie pokręcił głową.
– Po pierwsze, to skąd wiesz, że jest dziewicą…? A po drugie, jeśli już jest, to niech sobie będzie jeśli chce! Nie każda dziewczyna jest łatwa… Niektóre wolą poczekać.
Kaśka posłała mu wściekłe spojrzenie. Dlaczego tak jej bronił? Czyżby sam chciałby mieć taką dziewczynę, niewinną i nieśmiałą?
Nie rozumiała zachowania Diany, jej strachu i paniki. Nie widziała niczego złego w tym, że chłopak przystawia się do dziewczyny… Przecież to normalna kolej rzeczy, że mężczyzna, którego pociąga dana kobieta, chce się do niej zbliżyć, uprawiać seks!
– Uważasz, że jestem łatwa, bo nie jestem dziewicą!? – warknęła. – To może w ogóle zamień mnie na inną i…!!
– Kaśka, daj spokój… Koniec tematu – wycedził, wstając gwałtownie.

W centrum handlowym już od kilku tygodni można było natknąć się na plakaty zapraszające młode dziewczyny na casting do nowego serialu. Kasia wiedziała, że nie będzie łatwo – jeśli jakikolwiek casting był tak bardzo nagłaśniany, wiadomo było, że wybierze się na niego wiele dziewcząt. Z talentem lub bez, ładne czy nie, zawsze były jakąś konkurencją.
Mimo, że miała tremę, nie mogła z niego zrezygnować. Chciała wreszcie zaistnieć, pokazać się, dostać rolę i rozpocząć karierę. Dla niej była skłonna poświęcić wszystko.
Usiadła na kanapie w holu, obserwując dziewczyny, które przybyły na casting. Wysokie, szczupłe, z dużym biustem, blondynki i brunetki. Żadnej z nich niczego nie brakowało. Posyłały swoim rywalkom pełne pogardy i wyższości spojrzenia, jakby chciały je zniechęcić. Na nikogo to nie działało.
Karol zajął miejsce obok, natychmiast obejmując ją ramieniem, jakby chciał jej dodać otuchy.
– Poradzisz sobie – szepnął, lekko pocierając ramię swojej dziewczyny.
Kasia skinęła głową, nie spuszczając z oka siedzącej naprzeciwko wysokiej brunetki o delikatnych rysach twarzy. Często widywała ją na castingach. Zawsze wyglądała tak samo nieskazitelnie, profesjonalnie, pięknie. Nie trudno było też znaleźć jej kanał na youtube i zapoznać się z jej umiejętnościami aktorskimi. Była wręcz urodzoną celebrytką… Dlaczego więc do tej pory nie dostała żadnej roli? Co w takim razie rządzi tym biznesem, co jest potrzebne, by osiągnąć sukces? Jeśli nie talent i wygląd, to co jeszcze?
Drzwi sali przesłuchań otworzyły się i wszystkie dziewczęta obecne w holu zwróciły wzrok w ich stronę. Stojąca w progu młoda dziewczyna w krótkich rudych włosach spojrzała na listę, którą trzymała w dłoniach, po czym zlustrowała kandydatki do głównej roli z dziwnym uśmieszkiem.
– Katarzyna Niemczyk! – krzyknęła, wypatrując wśród dziewcząt tej właściwej.
Kasia podniosła się powoli, starając się opanować drżenie rąk. Rozmyślanie o niepowodzeniu rywalki przywołało tremę. Skoro takiej urodzonej aktorce nie udało się do tej pory znaleźć roli, to dlaczego jej miałoby się poszczęścić!?
Gdy odchodziła w stronę sali Karol ścisnął mocniej na pożegnanie jej dłoń. Odprowadzając swoją dziewczynę pod same drzwi, nie spodziewał się, co czeka ją po ich drugiej stronie.
Trzech mężczyzn siedzących w sali przesłuchań od razu wbiło wzrok w usiłującą zaimponować im swoją lekkością ruchów Kaśkę. Dziewczyna wsłuchiwała się w stukot swoich obcasów, uśmiechając się delikatnie.
– Następna – oznajmił beznamiętnie siedzący w środku mężczyzna w ciemnej marynarce.
Kasia zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Co?
– No już, już, zmykaj mała – mruknął facet, machając na nią ręką, jakby chciał odgonić przeszkadzającą mu muchę.
– Ale przecież… – głos Kasi załamał się.
Dlaczego nawet nie pozwolili jej spróbować? Dlaczego skreślali ją po pierwszym kroku? Nikt nigdy, na żadnym castingu, nie potraktował jej w ten sposób! Zawsze kazano jej powiedzieć coś o sobie, ZAWSZE pozwalano pokazać jej, co potrafi!
– Posłuchaj malutka… Nie potrzebujemy tu dziewczyn z nadwagą. Idź już – rzucił siedzący po prawej stronie mężczyzna w jasnobrązowej kamizelce.
Miał bardzo miły wyraz twarzy, bardzo przyjemny głos, jednak jego słowa ociekały jadem. Pozostali mężczyźni uśmiechnęli się złośliwie pod nosami.
Kasia otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Dziewczyna stojąca pod drzwiami podeszła do niej i pociągnęła ją delikatnie za ramię.
Chwilę później znów stała obok Karola, a następna dziewczyna wchodziła do sali. Kasia ruszyła przed siebie, unikając spojrzenia na swoje rywalki. Właśnie odniosła największą porażkę życiową… Nie mogła teraz spojrzeć na nie, nie mogła okazać bólu. Musiała udawać, że wszystko jej w porządku, by nie narazić się na jeszcze większą kpinę.
Opuszczając hol spojrzała w wiszące na ścianie wielkie lustro. Czy ważąc pięćdziesiąt trzy kilogramy przy wzroście metra siedemdziesiąt faktycznie miała nadwagę? Odbicie w wielkim zwierciadle mówiło samo za siebie – gruba blada blondynka ze łzami w oczach na pewno nie była materiałem na główną rolę w serialu…

sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział 7

~Tomek

Usiadłem na rozpadającym się tapczanie i wpatrzyłem w ścianę przed sobą. Jak mogłem być tak głupi i pozwolić Krisowi chodzić ze mną do tej cholernej szkoły… Fakt, pomagał mi w sprzątaniu i konserwacji sprzętów, ale zachowywał się jak ostatni cham i prostak. Zaczepiał uczniów, ubliżał nauczycielom i jeszcze ta akcja z Dianą: dziewczyna mało co nie przypłaciła mojej głupoty i naiwności zdrowiem.
Nie to jednak było dla mnie najgorsze. Komendant nie omieszkał nie powiadomić mojego ojca o tym, że zostałem złapany na handlu narkotykami, w skutek czego zgarnąłem takie baty jak nigdy… I choć brat krzyczał do ojca, że ma mnie zostawić w spokoju, ten tłukł mnie bezlitośnie na oślep.
Wszystko mnie bolało, z wargi delikatnie sączyła się krew, a oko już zaczęło sinieć. Wyrzuty sumienia spowodowane sytuacją w jakiej tego dnia znalazła się Diana dobijały mnie do reszty. Stałem z boku i nic nie zrobiłem… Obserwowałem z daleka jak Kris dobiera się do niej i nawet nie próbowałem go powstrzymać.
Kiedy jej kolega wkroczył do akcji i obronił ją, było mi wstyd. To ja mogłem go powstrzymać, co więcej – mogłem to zrobić dużo wcześniej. Wręcz POWINIENEM to zrobić…
– Coś ty znów zrobił!? – warknęła matka, wchodząc do pokoju i trzaskając za sobą drzwiami.
Westchnąłem. Mogłem się spodziewać, że kiedy zobaczy w kuchni wściekłego ojca, pierwszą osobą podejrzaną o zepsucie mu humoru będę ja. W tej chwili może i miała rację, ale to że o wszystko obwiniano mnie było już niemal tradycją w naszym domu. Rodzice wściekali się na mnie nawet o to, że nie starczało pieniędzy do końca miesiąca, chociaż to Mikołajowi kupili nowe buty czy ciuchy… Z wiekiem jednak przestałem się tym przejmować.
Nie odpowiedziałem mamie. Nie widziałem powodu, dla którego musiałbym się jej tłumaczyć: byłem dorosły, od ponad trzech lat niezależny finansowo, więc nie miała prawa się to wtrącać. Gwałtownie podniosłem się z łóżka i bez słowa minąłem ją, by opuścić pokój. Ignorując jej złość i krzyki wyszedłem na obskurną klatkę schodową i szybko zbiegłem na dół.
Na ławce pod blokiem jak zwykle siedziało kilku znanych mi chłopaków. Pili piwo, palili jointy głośno rozmawiając i śmiejąc się. Jeden z nich był moim stałym klientem: co tydzień kupował ode mnie sporą ilość marihuany i kokainy. Tym razem jednak nawet do mnie nie podszedł – podejrzewałem, że już wszyscy na osiedlu wiedzą, że zostałem złapany.
Mimo skwaru panującego na dworze założyłem kaptur szerokiej bluzy i schowałem ręce do kieszeni. Ciepło wcale mi nie przeszkadzało. Lubiłem dresowe bluzy, szerokie spodnie, adidasy… W takich ciuchach czułem się najbardziej komfortowo nawet gdy temperatura na dworze sięgała dwudziestu kilku kresek powyżej zera.
Skierowałem się w stronę przystanku tramwajowego. Wyciągnąłem z kieszeni papierosa i paczkę zapałek. Potarłem jedną z nich o draskę i chwilę obserwowałem płomień, którym zajęła się drewniana pałeczka. W ostatnim momencie, gdy ogień już miał dotknąć moich palców, podpaliłem papierosa i rzuciłem zapałkę na ziemię, natychmiast zaciągając się tytoniowym dymem.
Starałem się nie myśleć o tym, co stało się poprzedniego dnia, próbowałem skupić się na tym, co miało być dalej. Myślami byłem już w liceum, wśród tych bogatych uczniaków. Chciałem zobaczyć Dianę, porozmawiać z nią, dowiedzieć się, jak się czuje, a przy okazji bliżej ją poznać. Mogła okazać się nie tylko piękną, ale też bardzo ciekawą osobą. Może miała jakieś interesujące hobby, ciekawe marzenie…
Lubiłem słuchać o planach i marzeniach innych, obserwować ich uniesienie, rozmarzenie, to, jak zapominają o bożym świecie, gdy tylko zaczynają myśleć o przyszłości. Chciałem wiedzieć, o czym fantazjują inni, czego chcą. Po części dlatego, że sam nie miałem żadnych marzeń. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że do końca życia pozostanę zwykłym ciemnym typem z blokowiska w nieciekawej dzielnicy: nie miałem wykształcenia, znajomości, szczególnych zdolności i nie wzbudzałem w innych zaufania. Tacy ludzie nie wychodzą na prostą, chyba, że mają tyle szczęścia, co moja siostra…
Karina w liceum poznała Wojtka – chłopaka z bogatej rodziny, studiującego medycynę. Szybko rozkochała w sobie chłopaka, zostawiła rodzinę i nasze blokowisko, by zamieszkać z nim. Dzięki niemu skończyła szkołę i poszła na studia, znalazła pracę i mieszkała w ładnej okolicy. Dzięki niemu uciekła od patologii panującej w naszej rodzinie…
Kiedy dojechałem do szkoły natychmiast skierowałem się na drugie piętro, gdzie zwykle widywałem Dianę. Na korytarzu zauważyłem kilka znajomych twarzy: chłopaków, których widywałem w czasie lekcji w toalecie i dziewczyn, którymi zainteresował się Kris. Nie sposób było też nie dostrzec chłopaka, który obronił Dianę. Siedział na parapecie, wpatrując się w okno i słuchając paplającej o czymś blondynki, która stała obok. Ona też widziała, co się wtedy stało. Właściwie, to wciąż kręciła się z tym gościem, więc podejrzewałem, że byli parą. Raz nawet widziałem, jak prawie równocześnie wyszli z damskiej toalety. Chłopak wyglądał na lekko skołowanego i nic dziwnego – wycieczka do łazienki z taką panną musiała być nie lada przeżyciem…
Blondynka ta była chyba jeszcze ładniejsza niż Diana i byłem zdziwiony, że Kris się nią nie zainteresował. Była absolutnie w jego typie: miała długie lśniące blond włosy, piękną jasną cerę, figurę modelki i nogi niemal do nieba… Ubierała się kobieco, lekko wyzywająco, podkreślając swoje wdzięki. Pewność siebie biła od niej na kilometr. Musiała być jedną z tych „popularnych”, które można spotkać w każdej szkole.
Nigdzie nie zauważyłem Diany, więc podeszłem do okna, przy którym siedział jej obrońca.
– Gdzie jest Diana? – spytałem bez ogródek, unikając spojrzenia na wysoką dziewczynę stojącą kilkanaście centymetrów ode mnie.
– Czego od niej chcesz? – warknął chłopak, spoglądając na mnie gniewnie.
Nie szukałem kłopotów, więc cofnąłem się o krok. Jeszcze tego brakowało, żeby przyłapali mnie na bójce w czasie robót społecznych.
– Nie ma jej – odpowiedziała blondynka.
Spojrzałem na nią. Wpatrywała się we mnie uważnie, jakby chciała z twarzy i ruchów wyczytać moje intencje.
Skinąłem głową i skierowałem się na parter, by po raz kolejny spędzić cały dzień na odwalaniu całej brudnej roboty za woźnego.

Tak jak się spodziewałem, stary zgred dał mi najgorszą pracę jaką miał na liście do wykonania: wręczywszy mi małą szpachelkę oznajmił, że mam oczyścić z gum wszystkie krzesła i ławki, które stały w jego kanciapie. Sam zniknął w pomieszczeniu sprzątaczek, z którego dochodziła głośna muzyka z radia i śmiechy.
Bez zbędnego pośpiechu pracowałem z prędkością czterech do pięciu ławek na godzinę, starając się zbytnio nie wysilać i zignorować fakt, że nie dostałem nawet jednorazowych rękawiczek. Na moje nieszczęście większość z tych gum była całkiem świeża i wciąż ciągnęła się, gdy próbowałem je oderwać, co przyprawiało mnie o lekkie mdłości.
Zaczynałem rozumieć, dlaczego staruch ma wiecznie zły humor…
– Ponoć możesz coś załatwić… – usłyszałem za sobą.
Automatycznie odwróciłem się w stronę drzwi, z których stał kolega Diany. Oparty o futrynę, nieco blady, z założonymi rękoma.... Mimo to wciąż nie wyglądał na ćpuna. Nie takim już wprawdzie sprzedawałem towar, ale po nim się tego nie spodziewałem.
Spojrzałem na niego zdziwiony, udając, że nie wiem o czym mówi. Nie chciałem tak od razu informować wszystkich w tej budzie, że jestem dilerem. Nie o to przecież w tym chodziło – o tym, czym się zajmuję, mieli wiedzieć tylko nieliczni, ci, którzy POWINNI o tym wiedzieć. Nie miałem pojęcia, czy jemu mogę zaufać.
– Potrzebuję morfiny – rzucił krótko.  

sobota, 15 grudnia 2012

Rozdział 6

~Marcin

– Sam tak siedzisz?
Marcin przeniósł wzrok z okna na stojącą obok dziewczynę. Nowa koleżanka z klasy uśmiechała się całkiem sympatycznie, obserwując go uważnie. Nie miał ochoty z nią rozmawiać. Doskonale wiedział, że spyta o wydarzenia z poprzedniego dnia, o jego omdlenie w damskiej toalecie. Już wystarczająco najadł się wstydu…
Ponownie spojrzał w okno, za którym łagodne promienie słońca przecinały szkolny dziedziniec. Tak bardzo chciał znaleźć się na dworze, uciec od tych wszystkich ciekawskich spojrzeń osób, które właśnie go obgadywały.... W myślach przeklinał ciotkę, która nie pozwoliła mu zostać w domu.
– Musisz chodzić do szkoły! Narobisz sobie zaległości od początku i co będzie! – mówiła poprzedniego wieczoru.
Była nieugięta, nie pomogło nawet opowiadanie o tym, jak zemdlał w łazience, jak wymiotował po zajęciach. Uparcie twierdziła, że po jednej sesji chemioterapii nie może mieć żadnych skutków ubocznych.
– Idź szukać przyjaciół gdzie indziej – mruknął, widząc w szybie odbicie wysokiej blondynki.
– Nie szukam przyjaciół – obruszyła się. – Ani przyjaciółek, ani faceta...
– Sponsora? – spytał ironicznie, spoglądając na nią.
Jej reakcja go zdziwiła: otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili zamknęła je i kilka sekund wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, po czym parsknęła wyjątkowo sztucznym śmiechem.
– Żałosny jesteś…
– Nie bardziej niż ty – odparował, zeskakując z parapetu i odchodząc w stronę sali.
Nie chciał być niemiły, ale nie chciał też zawierać żadnych nowych znajomości ani przyjaźni. Po co? Żeby któregoś dnia przyszło mu do głowy wyżalić się komuś i narobić sobie wstydu? Żeby było więcej osób, dla których warto byłoby walczyć i cierpieć?
Przepuścił w drzwiach Dianę, która była tak zamyślona, że nawet nie zauważyła jego uprzejmego gestu. Nic dziwnego – z uwielbieniem wpatrywała się w różową różyczkę, którą niosła dumnie przed sobą.
Mimowolnie uśmiechnął się do siebie i ruszył do przodu. Zawsze chciał dać jakiejś dziewczynie kwiatka, sprawić komuś tyle przyjemności małym gestem. Obserwować jej uśmiech, pojawiający się na twarzy na zmianę z rumieńcem.
Nie miał wielkim wymagań co do dziewczyn: jego wybranka nie musiała być piękna, zgrabna, popularna, lubiana. Nie miała się podobać kolegom i ludziom na ulicy, ale jemu. Miała być piękna duszą. Uśmiechnięta, zabawna, miała znać swoją wartość. Ale przede wszystkim miała być tylko jego…
Uświadomił sobie, że jest tyle rzeczy, które chciałby zrobić przed śmiercią… Chciałby spełnić wszystkie swoje marzenia, zwłaszcza te najdrobniejsze. Nie myślał o wygraniu w totka, ale o przyziemnych sprawach, jak wyciągnięcie Daniela z domu dziecka, romantyczna kolacja z jakąś dziewczyną, przypadkowy seks w miejscu publicznym, zakup motoru…

Kasia do końca dnia nie dawała mu spokoju. Co przerwę chodziła za nim, obserwując go uważnie.
Niewiele mówiła, jednak sama jej obecność krępowała go. Marcin odnosił wrażenie, że trzyma się przy nim tylko po to, żeby nie być sama i jednocześnie nie musieć z nikim rozmawiać.
– Wiesz… Mało mówisz… Podoba mi się to – rzucił, gdy w czasie dużej przerwy wyszli na zalany słońcem dziedziniec.
– Zwykle mówię więcej. Teraz po prostu wiem, że ty nie chcesz gadać – zaśmiała się, siadając na murku.
Marcin usiadł obok i westchnął. Nie miał pojęcia, o czym mógłby z nią rozmawiać. Wydawała się sympatyczna, ale nie mógł przecież zacząć jej się zwierzać. Nie chciał plotkować, gadać o tak zwanych bzdetach. W tej chwili po głowie chodziło mu tylko jedno…
– Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że została ci końcówka życia? Co chciałabyś zrobić przed śmiercią…? – spytał nagle, gdy Kasia sięgnęła do torebki po kanapkę.
Dziewczyna westchnęła i spojrzała na niego ze zdziwieniem. Chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym uśmiechnęła się delikatnie.
– Skoczyłabym na bungee. I zorganizowała jakąś szaloną domówkę w amerykańskim stylu. A ty?
Marcin odwrócił głowę w przeciwną stronę. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Żałował, że poruszył ten temat, bo wcale nie miał ochoty opowiadać o tym, czego pragnie przed śmiercią. Postanowił zignorować pytanie Kasi i zaczął uważnie obserwować Dianę, zmierzającą w stronę kontenera z makulaturą.
Zastanawiał się, dlaczego tam idzie. Była raczej spokojną i cichą dziewczyną, grzeczną uczennicą, a za kontener chodzili tylko narkomani i palacze oraz pary, które chciały się pomacać w czasie przerwy.
Dziewczyna podeszła do stojącego przy kontenerze chłopaka o ciemnych włosach. Marcin nie kojarzył go ze szkoły, nie był to też kierowca Diany, który wszędzie za nią chodził. Ignorując mówiącą o skoku na bungee Kasię, obserwował uważnie koleżankę. Najpierw rozmawiała spokojnie o czymś z chłopakiem, potem roześmiała się i zarumieniła. Chwilę później chłopak przysunął się do niej i objął ją ramieniem. Gdy chciała się odsunąć, nie pozwolił jej na to. Nie zwracał uwagi na jej protesty i nachalnie przyciągnął ją do siebie.
Z daleka było widać, że Dianie to nie odpowiada – można by rzec, że wręcz nie życzyła sobie tego. Protestowała, usiłując odsunąć większego od siebie o głowę chłopaka, który coraz bardziej na nią napierał.
Marcin zawahał się. Z jednej strony wiedział, że powinien pomóc dziewczynie, ale z drugiej nie wiedział, jak zareaguje. Mogła to być zwykła sprzeczka pary, ale równie dobrze mogło to być coś poważniejszego. Jednak gdy chłopak z całej siły pchnął drobną dziewczynę na kontener, nie miał już najmniejszych wątpliwości. Wstał i bez słowa skierował się w ich stronę.
– Zostaw ją – wycedził.
Chłopak nie zareagował. Diana wciąż usiłowała wyrwać się z jego uścisku, cicho pojękując z bólu.
Marcin odepchnął wyrostka od koleżanki, mrużąc oczy.
– Powiedziałem, że masz ją zostawić!
Ciemnowłosy chłopak nie pozostał mu dłużny – natychmiast ruszył do ataku, rzucając niecenzuralnymi wyzwiskami w jego stronę. Diana pisnęła, gdy wymierzył jeden cios prosto w twarz Marcina, który natychmiast chciał się obronić. Przeszkodziła mu Kasia, która podbiegła do nich i zaczęła ich rozdzielać.
– Wynoś się stąd! – warknęła do chłopaka, który, ku zdziwieniu wszystkich, pokornie się wycofał, opuszczając teren szkoły.
– W porządku? – spytała Kasia, chwytając go za ramię i uważnie przyglądając się jego twarzy.
Marcin nieco nieprzytomnie skinął głową. Nie czuł bólu po ciosie, który zadał mu chłopak. Martwił się o Dianę, która stała oparta o kontener z twarzą ukrytą w dłoniach. Widać było, że jest roztrzęsiona, przerażona. Nie dziwił jej się.
Spojrzał na nią badawczo i już miał spytać, czy ona czuje się dobrze, kiedy dziewczyna rozpłakała się i pobiegła w stronę parkingu, na którym cały czas stał samochód jej kierowcy. 

sobota, 13 października 2012

Rozdział 5

~Diana

Moją starszą siostrę bardzo ucieszyła porażka, którą odniosłam w szkole. Majka uznała za zabawny fakt, że nie mam już koleżanek, a koledzy w popłochu uciekają z sali, gdy się do nich zbliżam. Ona sama w szkole była bardzo lubianą i popularną dziewczyną, więc liczyłam na to, że coś mi doradzi… Nie chciałam więcej, żeby Marcin wybiegał z sali po moim podejściu do ławki, bo klasa już miała z tego niezły ubaw.
Bardzo chciałam zamienić się miejscem z tą nową, Kasią, i usiąść obok Konstantego. Kiedy obserwowałam ich na lekcjach tego dnia nasz dziwny kolega nie odezwał się ani słowem. Wolałabym siedzieć z nim w ciszy i oglądać jak rysuje coś w zeszycie, niż siedzieć w jednej ławce ze zniesmaczonym Marcinem.
Nowa koleżanka bardzo szybko sprawiła, że dziewczyny zapomniały o moim spięciu z Natalią. Wszyscy woleli teraz rozczulać się nad jej urodą i figurą, co mnie bardzo satysfakcjonowało. Zdecydowanie lepiej się czułam, gdy o mnie nie gadali…
Właściwie jedyną osobą w klasie, która nie zamieniła z Kasią ani słowa (prócz mnie oczywiście) był Marcin. Nawet gdy ta piękna blondynka podeszła do niego na przerwie i chciała z nim porozmawiać, odszedł, zupełnie ją ignorując. Moim zdaniem kolejny raz zachował się bardzo po chamsku i pokazał jakim jest gburem… Ale nie mogłam przecież nikomu tego powiedzieć.
Bartek jak zwykle czekał na mnie pod szkołą, oparty o nowego czarnego volkswagena. Mój samochód nie wyróżniał się niczym spośród tych wszystkich pięknych pojazdów na szkolnym parkingu… Jeśli nie liczyć tego, że jako jedyny był prowadzony przez szofera. Wszystko dlatego, że nie chciałam robić prawa jazdy, a tata nie zgadzał się, żebym jeździła gdziekolwiek komunikacją miejską. Aż głupio się przyznać, ale nigdy nie jechałam autobusem ani tramwajem… Kiedyś fakt posiadania szofera był fajny i lanserski, ale już miałam dość dojeżdżania z nim pod kino, gdy wychodziliśmy z klasą…
Mój szofer był w rodzinie niemal od zawsze. Jego tata był naszym ogrodnikiem, więc jako dziecko Bartek często plątał się po domu. Później, gdy poczciwy pan Dariusz zmarł, przejął jego obowiązki i został moim kierowcą. I choć był ode mnie pięć lat starszy i bardzo się różniliśmy, zawsze bardzo dobrze się rozumieliśmy… Do momentu, gdy znalazł sobie dziewczynę, a ja zostałam zgwałcona.
– Diana! Czekaj!
Obejrzałam się i zauważyłam Krisa. Nowy szkolny pracownik przeciskał się przez tłum wychodzących ze szkoły uczniów, usiłując podejść jak najbliżej mnie. Nie chciałam z nim rozmawiać… Wydawał mi się sympatyczny, był całkiem przystojny… Ale odrzucał mnie, bo był facetem. Teraz każdy mężczyzna mnie odrzucał i bezpiecznie czułam się tylko przy Bartku, który był dla mnie jak brat.
Przyspieszyłam kroku i wyminęłam grupkę dziewczyn z pierwszej klasy. Gdy podeszłam do samochodu, chłopak dogonił mnie i chwycił za ramię. Zadrżałam, wyrywając się z jego uścisku. Jego dotyk mnie parzył, lekkie muśnięcie bolało… Chciałam uciec ze łzami w oczach jak najdalej od niego.
– Spieszę się – rzuciłam łamiącym się głosem i szybko wsiadłam do auta.
– Co to za koleś? – spytał Bartek.
Wzruszyłam ramionami i wzdrygnęłam się, gdy zatrzasnął za sobą drzwi. Skuliłam się na siedzeniu pasażera, zapinając pas i kładąc torebkę na ziemi. Zrzuciłam buty, nogi położyłam na siedzeniu, a kolana podciągnęłam pod brodę. W takiej pozie czułam się ostatnio najbezpieczniej i gdybym mogła, siedziałabym tak całymi dniami.
Bartek zapalił silnik i ruszył z parkingu, obserwując mnie uważnie kątem oka. Czasem odnosiłam wrażenie, że domyśla się, dlaczego zachowuję się w taki sposób. Od lipca ograniczył nasze spotkania do minimum, a gdy już się spotykaliśmy, unikał kontaktu fizycznego. Momentami czułam się, jakby się mną brzydził tak samo, jak ja.
– Dobrze się czujesz? – spytał po chwili, gdy wyjechaliśmy na ruchliwą ulicę, a kiedy skinęłam głową, westchnął. – Jadłaś dziś coś? Jesteś blada…
Wzruszyłam ramionami. Nie przypominałam sobie, żebym tego dnia cokolwiek zjadła, ale nie byłam pewna. Ostatnio bardzo często zapominałam o tym, co robiłam wcześniej, nie potrafiłam się skupić nawet na czynności tak prostej i mechanicznej jak jedzenie… Już nie raz narobiłam sobie wstydu, gdy mówiłam, że coś zrobiłam a wcale tak nie było. Wszyscy wokół sądzili, że kłamię… A ja najzwyczajniej w świecie sama nie wiedziałam, czy wykonałam daną czynność.
– Masz dziś zajęcia z tańca?
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
– Tak?
– Nie wiem… Pytam… – mruknął, skupiając się na drodze.
– Też nie wiem – przyznałam, wbijając wzrok w deskę rozdzielczą. – Jedziemy za szybko…
Bartek spojrzał na licznik, a potem na mnie.
– Jedziemy pięćdziesiąt na godzinę… Powiedziałbym, że wolno, ale przepisowo…
– Zwolnij – przerwałam mu, odwracając głowę w drugą stronę.
Zrobił jak kazałam, w końcu za to mu płacono. Słyszałam jak prycha z niezadowoleniem, ale nic nie powiedział.
Kiedyś lubiłam jeździć z nim szybko, najlepiej nieprzepisowo. Lubiłam adrenalinę, a on o tym wiedział. Był doświadczonym kierowcą, doskonale panował nad samochodem i nigdy nie spowodował wypadku. Ufałam, że dowiezie mnie całą do domu… Teraz wszystko się zmieniło.

Następnego dnia rano wcale nie miałam ochoty wstawać. Kiedy otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę z tego, że teraz chodzenie do szkoły jest dla mnie koszmarem. Obserwowanie tych wszystkich ludzi, którzy po kątach śmiali się ze mnie, brak przyjaciół, nieukrywane obrzydzenie Marcina i nauczyciele, którzy nie szczędzili sobie uwag na temat zmiany w moim zachowaniu i wyglądzie… Nie miałam ochoty znosić tego na nowo.
Dziękowałam Bogu, że o tej godzinie nie było już w domu nikogo prócz Bartka, który, czekając na mnie, sprawdzał najnowsze wiadomości w Internecie. Za to uwielbiałam czwartki: tata szedł wcześnie do pracy, mama na plebanię pomagać fundacji, a Majka już dawno była na wykładach. Mogłam spokojnie, w absolutnej ciszy, przyszykować się do wyjścia i nie wysłuchiwałam kąśliwych uwag na temat mojego ubioru.
W szkole niestety już w wejściu zostałam zlustrowana spojrzeniami uczniów i nie obyło się bez kilku obelg pod moim adresem. Udając, że wcale ich nie słyszę, powlokłam się na piętro, by na resztę przerwy zaszyć się na parapecie w kącie korytarza.
– Hej, Diano…
Obróciłam się automatycznie, szukając źródła męskiego głosu, który wypowiedział moje imię. Nie musiałam szukać daleko – zaraz za mną stał Kris, którego poprzedniego dnia poznałam w łazience. W ręce trzymał małą różową różyczkę, którą natychmiast podsunął w moją stronę.
– Dla ciebie… Piękny kwiat dla przepięknej dziewczyny… – rzucił.
Bez słowa zmierzyłam go spojrzeniem, choć w duchu zrobiło mi się bardzo miło. Po chwili nie wytrzymałam i uśmiechnęłam się delikatnie. Już dawno nikt nie był dla mnie tak serdeczny.
– Dziękuję – mruknęłam, chwytając różę.
Odwzajemnił uśmiech. Wcześniej nie zauważyłam, jak przyjemne miał rysy twarzy. Krótkie brązowe włosy postawione na żel, uśmiechnięte brązowe oczy i opalona skóra… W tym momencie pewnie nie jedna dziewczyna z klasy zazdrościła mi rozmowy z takim chłopakiem…
Przez moment zapomniałam o tym, co mnie bolało i czego nienawidziłam. Odchodząc w stronę klasy, rzuciłam mu jeszcze jeden krótki uśmiech. 

piątek, 5 października 2012

Rozdział 4

JEŚLI NIE PRZECZYTAŁAM / SKOMENTOWAŁAM CZYJEGOŚ ROZDZIAŁU, NIE ZAJRZAŁAM NA BLOGA ZGODNIE Z OBIETNICĄ, PRZYPOMNIJCIE MI! Właśnie zaczęłam studia i mam zbyt wiele na głowie, więc możliwe, że o kimś zapomniałam. Nie krępujcie się i mnie upominajcie! ;) 
~Kasia

– Kaśka, wstawaj do cholery…
Leżąca na starym łóżku dziewczyna otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Westchnęła ciężko, zakrywając twarz poduszką.
– Miałeś mnie odwieźć do domu! – jęknęła. – Ojciec mnie zabije…
Siedzący obok chłopak ściągnął z niej pościel i klepnął ją w goły pośladek.
– Szmacisz się po nocach to nic dziwnego…
Kasia ponownie otworzyła oczy. Siedzący obok szatyn o łagodnych rysach często wypominał jej sposób, w jaki zarabiała pieniądze, choć tak naprawdę mało go to obchodziło. Gdyby przeszkadzało mu, że jest panienką do towarzystwa, już dawno by z nią zerwał.
Kiedy w nocy przyjechał po nią pod dom jej stałego klienta, nawet nie skomentował faktu, że jest kompletnie pijana i dopiero co spała z obcym mężczyzną w średnim wieku. Nie obchodziło go to, że się sprzedaje, dopóki informowała go o każdej wizycie u klienta.
– Zapłacił ci chociaż? – spytał, przysuwając się i natychmiast kładąc rękę na jej podbrzuszu.
– Przestań, nie mam ochoty na seks – warknęła, gwałtownie wstając z łóżka. – Tak, zapłacił.
Minęła leżące na ziemi ubrania i opakowanie po pizzy, udając się do obskurnej łazienki. Przemyła twarz zimną wodą i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Podkrążone oczy, potargane długie blond włosy, rozmazany makijaż… Zwykłe pozostałości po weekendowej pracy u pana Krzyżaka, ojca koleżanki ze starej klasy. Mimo tego, że wyglądała fatalnie, była z siebie zadowolona: w portfelu miała kolejne sto złotych i lada dzień zmieniała szkołę. Mogła być spokojna – żadna z dziewczyn z klasy nie dowie się o tym, w jaki sposób pracuje.
Ciągłe zmiany szkół i nie zawieranie bliższych znajomości w sąsiedztwie były jej sposobem na zachowanie tajemnicy. Póki co skutecznym, bo tylko ona i Karol wiedzieli, gdzie znika na całe noce. Zresztą, co tam inni… Najważniejsze, żeby nie dowiedział się o tym jej ojciec.
– Co powiesz ojcu? – spytał Karol, opierając się o futrynę.
Łazienka nie miała drzwi, więc wcale nie musiał wstawać z łóżka, żeby zadać jej pytanie. Doskonale wiedziała, że przyszedł tylko po to, by popatrzeć na jej półnagie ciało.
– To co zwykle… Impreza się przeciągnęła i zostałam na noc u Jolki. Nie będzie wnikał – rzuciła, rozczesując włosy.
Nigdy nie wnika i nic go nie interesuje… pomyślała z żalem.
Tęskniła za czasami, kiedy mieszkała z matką. Wtedy każdego dnia obserwowała, jak szykuje się na kolejne castingi, a potem razem z nią szła na plan zdjęciowy. Od najmłodszych lat podziwiała jej piękno i talent, chciała być taka jak ona… Chciała być aktorką, wszędzie rozpoznawaną pięknością, diwą z pierwszych stron gazet. Najlepiej ubraną kobietą roku, najładniejszą aktorką danego serialu…
Już w podstawówce starannie dobierała ubrania i brała udział w szkolnych przedstawieniach. Zapisywała się na kółka artystyczne, chodziła na lekcje dykcji. Później mama dostała angaż w USA i wyprowadziła się do nowego kochanka, a ona ponosiła porażkę za porażką na castingach do seriali. „Za gruba”, „za wysoka”, „za młoda”, „nie umiesz grać” mówili producenci i reżyserzy. Aż w kocu jeden z nich powiedział otwarcie: „bardziej nadajesz się do zarabiania ciałem”…
Karola poznała po tym feralnym przesłuchaniu. To jemu wyżaliła się ze swoich problemów, z nim straciła dziewictwo i przy nim poczuła, że w sumie seks to nic złego… A skoro może zarabiać na czymś, co sprawia jej przyjemność, to czemu nie?

– Co za wstyd! Spóźnić się pierwszego dnia do szkoły!
Kasia spojrzała na kierującego nowym oplem ojca z politowaniem. Zawsze pierwszego dnia się spóźniała i nikt nigdy nie miał jej tego za złe. To była jej taktyka, by nie zginąć z tłumie, zostać zauważoną. Jak przystało na przyszłą sławę, uwielbiała czuć na sobie spojrzenia innych. Sprawiało jej satysfakcję, gdy o niej szeptali.
Samochód łagodnie podjechał pod szkołę. Ojciec zgasił silnik i rozpiął pas. Kasia ze zdziwieniem obserwowała szykującego się do wyjścia tatę.
– No co? – spytał, gdy ich spojrzenia się spotkały. – Przecież idę z tobą…
– Chyba kpisz… – warknęła, szybko rozpinając pas i wyskakując na ulicę.
Nie zwracając uwagi na krzyczącego za nią ojca pognała do szkoły. W myślach modliła się, żeby jednak odpuścił i pojechał do domu.
Nienawidziła, gdy traktował ją jak dziecko, a robił to często. Chciał jej towarzyszyć wszędzie: u dentysty, w pierwszym dniu szkoły, w sklepie… Gdy kupowała swoje pierwsze stringi obserwował ją uważnie, pilnując, by wybrała najbardziej zabudowane, a na bal gimnazjalny sam wybrał jej sukienkę. Była ładna… Ale jednak wybrana przez niego. To sprawiło, że cały czar prysnął.
Gdy weszła na pierwsze piętro, natychmiast zwolniła kroku. Poprawiła ołówkową spódnicę, palcami przeczesała włosy i spojrzała na zegarek. Dopiero co zaczęła się lekcja… Miała jeszcze czas.
Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu toalety. Musiała wyglądać idealnie, czuć się komfortowo, tak, by inni mogli ją podziwiać. By dziewczyny zazdrościły, a chłopcy ją o niej marzyli.
Szła wzdłuż korytarza, uważnie przyglądając się wszystkim drzwiom. Wsłuchiwała się w stukot swoich obcasów, jakby chciała na jego podstawie zweryfikować, czy faktycznie porusza się lekko i z gracją. Gdy w końcu znalazła odpowiednie drzwi, pchnęła je lekko i z westchnieniem weszła do środka.
W kącie, na kremowych podłogowych płytkach, leżał młody szatyn. Był nieprzytomny i blady, na jego twarzy malował się grymas bólu. Bez większego zastanowienia podeszła uklęknęła obok, potrząsając jego ramieniem. Starała się zachować spokój, nie panikować, choć nigdy wcześniej nie miała do czynienia z czyimś zasłabnięciem. Trzęsącymi się rękoma zaczęła klepać go po policzkach. Odetchnęła z ulgą, gdy uchylił oczy.
– Co się stało? Jesteś naćpany? Chory!? Możesz wstać!?
Chłopak nie zareagował. Zamrugał powoli, po czym spojrzał na nią zdziwiony. Oczy miał przeszklone, ale z pewnością nie brał narkotyków. Wiedziała, jak wyglądał Karol na haju…
Usiadł i bezwładnie oparł się o ścianę, ciężko przełykając ślinę. Wyciągnęła z torebki wodę i podała mu odkręconą już butelkę.
– Pójdę po pielęgniarkę albo kogoś… – mruknęła, podnosząc się z ziemi.
Chłopak wziął łyka wody, a gdy usłyszał o pielęgniarce natychmiast wypluł zawartość ust i zaprotestował. Kasia ponownie ukucnęła obok niego, przyglądając mu się uważnie.
– Co się stało? – drążyła.
– Nic… Chyba przyćpałem… – podniósł się z ziemi i oddał jej butelkę. – Dzięki i nara…
Odprowadziła go wzrokiem do drzwi, przy okazji lustrując spojrzeniem. Nie wyglądał na ćpuna, raczej na porządnego chłopaka, który źle się poczuł. Był ubrany schludnie, ale na luzie, na rękach nie miał śladów po igłach. Nie miał żadnych objawów przedawkowania…
Pospiesznie poprawiła makijaż, otrzepała spódnicę i wyszła z łazienki, kierując się do sali, w której miała mieć lekcje. Chłopak szedł kilka metrów przed nią. Jakież było jej zdziwienie, gdy wszedł do sali z numerem, który życzliwa nauczycielka napisała jej kilka dni temu na kartce… 

piątek, 28 września 2012

Rozdział 3

~Tomek

Siedziałem w ciemnej ciasnej celi, wpatrując się w metalowe kraty. Byłem głodny, zziębnięty a przede wszystkim zły. Jak mogłem być tak głupi i dać się złapać! Kris tyle razy powtarzał, żebym nie handlował z Krychą. Mówił, że koleś jest podejrzany, że mu nie ufa i mam dać sobie spokój… ale ja oczywiście musiałem zrobić to po swojemu!
Nie dość, że zarekwirowali mi towar wart ponad pięć stów i zatrzymali „do wyjaśnienia”, to jeszcze mogli mnie wsadzić do paki. Nie wyobrażałem teraz sobie spotkania z ojcem. Zawsze mówił: „możesz robić wszystko: kraść, żebrać… ale nigdy nie bierz się za narkotyki!”. Kiedy pytał, skąd mam forsę, mówiłem, że coś ukradłem i sprzedałem. I wszyscy byli zadowoleni: on, że nie przychodzę po kasę do niego, a ja, że się nie czepia.
– Mogę zadzwonić? – spytałem siedzącego pod celą policjanta.
Spojrzał na mnie i prychnął.
– Przecież mam prawo do jednego telefonu! – obruszyłem się, kopiąc w kratę.
– Nie na mojej zmianie – rzucił, po czym ponownie na mnie spojrzał i uśmiechnął się szyderczo. – To znaczy… Telefon w tej chwili nie działa.
Zrezygnowany odwróciłem wzrok. Zastanawiałem się, ile lat dostanę za handel i posiadanie. Trzy? Cztery? W może coś w zawieszeniu… Z drugiej strony dziwiło mnie, że robili taki szum o kilka gramów kokainy. Kris opowiadał mi, że kiedyś załapali go z kilkoma kilogramami i nawet nie wzięli go na posterunek. A mnie, do jasnej cholery, musieli przyskrzynić!
– Najchętniej bym cię, gówniarzu, wsadził do paki – warknął ktoś zza krat.
Poznałem ten głos od razu. Należał do mieszkającego w moim bloku komendanta. Stary grubas był całkiem sympatycznym człowiekiem, o ile nie wchodziło mu się w drogę. No i trochę tępym, jeśli brać pod uwagę to, że cała dzielnica wiedziała, że w naszym blokowisku jest najwięcej dilerów, a on nic z tym nie robił.
Stał przed celą z pękiem wielkich kluczy w jednej ręce i moim plecakiem w drugiej. Miał zamiar mnie wypuścić. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
– Nie ciesz się tak. Nie ujdzie ci to na sucho… – rzucił klucze strażnikowi, który natychmiast podniósł się z krzesła i z miną męczennika zaczął otwierać moją celę. – Masz szczęście, że lubię twojego ojca…
Tak. Ubóstwiał ojca, bo mógł z nim pić po pracy. Bo ojciec załatwiał lewy alkohol i zawsze sprzedawał mu taniej. Bo przymykał oko, gdy stary świr zabierał jego żonę do siebie na noc…
Wyszedłem z celi i powlokłem się za komendantem do jego gabinetu, gdzie podał mi mój plecak i usiadł na miękkim obrotowym krześle. Wygrzebał z oznaczonej moim nazwiskiem teczki jakiś papier i podsunął mi go.
– Nie mogę zostawić tej sprawy bez echa, bo już masz kartotekę. Za rozboje, zgadza się?
Skinąłem głową. Doskonale pamiętałem, jak dwa lata temu posłaliśmy z Krisem do szpitala właściciela sklepu monopolowego na przedmieściach i zdemolowaliśmy mu budę, bo nie chciał nam sprzedać piwa na krechę. Mieliśmy pecha, że kiedy przewracaliśmy regał z chipsami do sklepu właśnie weszły gliny…
– Masz do odpracowania trzysta godzin w liceum numer dziesięć.

– Jestem tu na robotach publicznych, a nie w wojsku – wycedziłem, gdy woźny wręczył mi szczoteczkę do zębów i oznajmił, że mam nią wyczyścić wszystkie toalety i pisuary w szkole.
Starego wrednego dziada mało obchodziło to, że nie podoba mi się taki przydział obowiązków. Śmiejąc się złośliwie pod nosem wyszedł z łazienki, natychmiast kierując się do swojej kanciapy. Stojący obok mnie Kris chichotał pod nosem.
– Weź się ucisz – warknąłem, wrzucając szczoteczkę do śmietnika.
– Wyluzuj, dzieciak…
Zamknął drzwi łazienki i oparł się o nie, blokując tym samym komukolwiek wejście do środka. Wyciągnął z kieszeni paczkę czerwonych LMów, a gdy posłałem mu karcące spojrzenie, prychnął. Bądź co bądź byliśmy w szkole i gdyby nie był moim kumplem, pewnie zwróciłbym mu uwagę…
Kris był ode mnie starszy o dwa lata. Bardziej doświadczony w naszym fachu i życiowo. Mieszkaliśmy na jednym blokowisku i od kiedy pamiętam trzymaliśmy się razem. Miałem wielkie szczęście, że przygarnął mnie pod swoje skrzydła i wkręcił w biznes. Kris nikomu nie pomagał, więc czułem się wybrańcem. Byłem jego „dzieciakiem”. Często powtarzał, że pokłada we mnie wielkie nadzieje...
Usiadłem na parapecie i westchnąłem ciężko. Wcale nie chciałem spędzać sześciu godzin dziennie przez pięćdziesiąt dni roboczych w liceum dla bogatych kujonów. Oczywiście, miałem wybór. Zamiast tego mogłem posiedzieć 3 lata w więzieniu wśród niewyżytych gwałcicieli, zabójców i pedofilów.
– Ty sobie nie wyobrażasz, jakie masz szczęście, że tu trafiłeś, kretynie – rzucił Kris, wypuszczając z ust papierosowy dym.
Posłałem mu litościwe spojrzenie, a ten zaśmiał się.
– Jesteś tu jedynym dilerem, dzieciaku. Te bogate gnojki tylko czekają, aż znajdzie się ktoś, kto sprzeda im dragi – wyjaśnił, podchodząc do mnie.
Objął mnie ramieniem i spojrzał w przestrzeń przed sobą. Machnął ręką, zupełnie jakby chciał mi coś pokazać.
– To otwiera przed tobą wielkie możliwości…
Jakby się głębiej nad tym zastanowić, to miał absolutną rację. Dzieciaki z dobrych domów, których jedynym problemem było to, że rodzice mają ich gdzieś i wolą pracę… Tacy licealiści lubią dobrą zabawę. A dobra impreza w wypasionym domu jest jeszcze lepsza, kiedy jest na niej heroina i kokaina. Wtedy czują się jeszcze ważniejsi…
Drzwi łazienki otworzyły się i Kris natychmiast zabrał rękę z mojego ramienia. Niska szatynka w sportowej szarej bluzie spojrzała na nas ze zdziwieniem.
Zmierzyłem ją wzrokiem, uśmiechając się delikatnie. Jeszcze nigdy żadna dziewczyna w takim stroju nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Średniej długości brązowe włosy opadały na ramiona, delikatnie okalając jej słodką twarz. Miała brązowe oczy i pełne jasne usta… Natychmiast zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałaby w bardziej kobiecych ubraniach. Zapewne jeszcze piękniej…
– Tu nie wolno palić – rzuciła cicho, posyłając Krisowi ponaglające spojrzenie.
Ku mojemu zdziwieniu, chłopak natychmiast wyrzucił papierosa za okno i uśmiechnął się do niej miło.
– I to jest damska toaleta…
Już otworzyłem usta, żeby wyjaśnić jej, dlaczego tam siedzimy, kiedy Kris stanął przede mną i zaczął uprzejmie przepraszać za wtargnięcie do łazienki. Rzucił coś o tym, że pracujemy w tej szkole, że już wychodzimy, ale nawet go nie słuchałem. Zasłonił mi widok na dziewczynę, zupełnie jakby chciał, żeby nie zwracała na mnie uwagi. Skłamał, że on też pracuje w tej szkole, co jeszcze bardziej działało mi na nerwy.
Po chwili pociągnął mnie za ramię i wyprowadził z łazienki, uśmiechając się do niej szarmancko.
– Co to było do cholery! – warknąłem, kiedy zamknął za mną drzwi.
– Ta laska jest niezła…
Byłem wściekły. Z doświadczenia wiedziałem, że jeśli jakaś dziewczyna podoba się i mnie, i Krisowi, to w ostatecznym rozrachunku z nim przegram. On był wysoki, przystojny i trzeba przyznać, że kiedy trzeba miał klasę. A ja? Średniego wzrostu dzieciak bez szkoły, bez przyszłości… Nic dziwnego, że dziewczyny zawsze wybierały jego. Żadna nie chciałaby dilera z kartoteką, a już zwłaszcza nie taka z dobrego domu.
Dziewczyna wyszła z łazienki. Chciała wyminąć Krisa, który niby przypadkiem zagrodził jej drogę.
– Jestem Kris… – wyciągnął w jej stronę rękę, którą ta niepewnie uścisnęła.
– Diana – odpowiedziała cicho.
– Mam nadzieję, że skoro już będę spędzał tu sporo czasu, to jeszcze się zobaczymy.
Znów wyszczerzył zęby w słodkim uśmiechu, a ta Diana spuściła wzrok i zarumieniła się.
Tylko ja wiedziałem, co kryje się za fałszywym uśmieszkiem Krisa…